Autor: Piotr Frączak
Zaprezentowany został rządowy dokument Strategia działania w obszarze pamięci (Kliknij). „To pierwszy, ważny krok – zapewniał dyrektor Muzeum Historii Polski Marcin Napiórkowski – Przed nami kolejne, w tym seria debat i otwarte konsultacje dokumentu, który jest już dostępny publicznie. Strategia ma nam służyć przez lata. Jeśli chcemy dobrej przyszłości, musimy zadbać o naszą przeszłość. Musimy podejść do niej w sposób strategiczny i odpowiedzialny”. Pytanie, czy w tej narracji jest miejsce dla organizacji pozarządowych…
Jak jest?
Trudno się nie zgodzić z prezentowaną diagnozą:
Dotychczasowa polityka pamięci była prowadzona w oparciu raczej o wartości niż precyzyjnie zdefiniowane cele. Według badaczy głównymi wyznacznikami polityki pamięci prowadzonej przez MKiDN przed rokiem 2025 były: „polonocentryzm, mesjanizm, eksponowanie roli katolicyzmu i Kościoła, martyrologia, propagowanie postawy niezłomnej”. Ten katalog wartości wymaga ponownego przemyślenia i zapewne rozszerzenia. Warto w tym kontekście wziąć pod uwagę m.in. sugestie zawarte w raporcie Specjalnej Sprawozdawczyni ONZ w dziedzinie praw kulturalnych, która zwracała uwagę na ryzyko budowania polityk kulturalnych w oparciu o zawężony katalog wartości, który inne formy patriotyzmu i pamięci uważałby za „antypolskie” i podkreślała różnorodność jako źródło kulturowego bogactwa Polski.
Brak długofalowych celów prowadzi do „dyktatury rocznic”, w ramach której praktyki pamięci kształtują się w sposób reaktywny, a główną treścią krajowej polityki w obszarze pamięci staje się upamiętnianie osób i wydarzeń podyktowane kalendarzem. Programy instytucji kultury są sztucznie dopasowywane do przypadających rocznic w celu rywalizacji w ramach programów dotacyjnych.
i dalej
Pamięć, z czegoś, co łączyło regiony, społeczeństwa i narody, zmienia się dziś coraz częściej w narzędzie dzielenia i polaryzacji. Polityka pamięci była przez lata tłem i kluczowym motorem integracji europejskiej. W ostatnich latach – co widać na przykładzie Brexitu i retoryki partii eurosceptycznych na całym kontynencie – pamięć stała się istotną siłą odśrodkową. (…) W skrajnej formie pamięć staje się dziś narzędziem przemocy.
Między partycypacją a prawdą?
Przy wszystkich zaletach tego dokumentu jest w nim pewna wewnętrzna sprzeczność, która powoduje, że może okazać się on dokumentem bez znaczenia. Z jednej strony bowiem ma on za zadanie stworzyć system koordynacji, wyznaczania celów strategicznych, a tu
Rozproszona struktura zarządzania (jednostki rządowe, samorządowe, prywatne, należące do związków wyznaniowych, organizacji pozarządowych) utrudnia koordynację działań.
Z drugiej strony proponowany jest model partycypacyjny
w którym punktem wyjścia jest nie mówienie, ale wzajemne słuchanie. Prowadzi to do otwartości na negocjowanie i wymianę znaczeń i buduje podejście heterogeniczne w miejsce hegemonicznego. Instytucje oparte na tym modelu wychodzą od gromadzenia głosów na temat przeszłości płynących od różnych grup, środowisk czy z różnych regionów. Dopiero wtórnie z tych głosów wyłania się nowa całość, która ma jednak z natury charakter polifoniczny.
Takie założenia mogą – szczególnie przy dominacji w społeczeństwie jednego punktu widzenia – prowadzić nie do pluralistycznej narracji, ale umocnienia narracji dominującej. Stąd i swoisty paradoks w dokumencie:
Im bardziej pluralistyczny i partycypacyjny model pamięci chcemy budować, tym bardziej stabilne ramy strukturalne, finansowe i ideowe musimy zapewnić, żeby uniknąć atomizacji, antagonizacji i rozwoju dezinformacji. Dlatego postulowane dalej wsparcie demokratycznej kultury pamięci, przyjaznej dla działań oddolnych i opartej na modelu partycypacyjnym, może się powieść tylko po wcześniejszym zbudowaniu systemu wspólnych celów strategicznych i wartości gwarantujących spójność państwowej polityki w obszarze pamięci oraz przewagę tendencji dośrodkowych nad odśrodkowymi.
Dylemat jabłka
Przy bardzo słusznej diagnozie dokument staje przed nierozwiązywalnym dylematem – nie można jednocześnie mieć jabłka i go zjeść. Albo, albo. Oczywiście
W skrajnych przypadkach utrzymywanie zawężonego pola wartości na zasadzie „albo naród, albo społeczeństwo” może wręcz okazywać się wykluczające, stanowić narzędzie polaryzacji, czy – w skrajnym wypadku – dyskryminacji czy nawoływania do przemocy wobec grup niewpisujących się w narzucany odgórnie model wyznaczany przez opcję polityczną dominującą w danym momencie.
Z drugiej jednak strony kształtowanie postaw patriotycznych (propaństwowych), gdy
Celem polityki w obszarze pamięci powinno być wzmacnianie postaw patriotycznych przy jednoczesnej budowie szerokiego, inkluzywnego rozumienia patriotyzmu. Przeciw nihilizmowi i kulturze braku wartości należy promować postawę pozytywną, w której utożsamienie z Ojczyzną, znajomość jej historii i troska o nią są wysoko wartościowane.
prowadzi łatwo do prostego wykluczenia sporej liczby, i to łatwo definicyjnie rozszerzanych, grup arbitralnie uznanych za nihilistyczne. Nadrzędną wartością powinno być poszukiwanie prawdy, a nie szukanie dowodów na to, że
Patriotyzm nie może być powodem do wstydu.
Polaryzacja czy jedność
Jednym z zadań polityki pamięci na szczeblu państwowym może być więc uniknięcie „pułapki środka”, jaką jest zawężenie zbiorowej wyobraźni i głównych tematów debaty do niereprezentatywnego dla całości naszej historii okresu walki o niepodległość. Takie uzupełnienie pozwoliłoby na wprowadzenie do debaty większej liczby wątków związanych nie z walką o przetrwanie państwa, lecz z odpowiedzialnością za jego urządzenie, rozwiązywanie wewnętrznych sporów i budowanie pozycji na arenie międzynarodowej. I znów – nie chodzi tu w żadnym razie o deprecjonowanie walki o niepodległość, lecz o uzupełnienie jej dodatkowym poziomem znaczeń, który pozwoli wypełnić ją realnymi treściami.
Nie wydaje się, że podstawową alternatywą historyczną jest albo praca organiczna, albo powstanie – sukcesy czasu pokoju czy wojny. To w dużej mierze zależy od okoliczności. Dużo ważniejsze wydaje mi się zrozumienie, że bez samoorganizacji nie ma tych sukcesów i, że konflikt (polaryzacja) w społeczeństwie to nie anomalia, ale naturalny stan rzeczy.
Przede wszystkim społeczeństwo
Opowiadanie historii w kategorii historii państwa to znaczące uproszczenie, które z trudem przystaje do czasów przedrozbiorowych i jest – szczególnie w Polsce – czymś naprawdę trudnym. Różne losy w trzech zaborach, odzyskanie niepodległości, które w 1918 roku dotyczyło jedynie 2/3 dzisiejszej Polski, to sprawia, że historia poszczególnych ziem czy miejscowości często z trudem mieści się w historii oficjalnej. Do tego oficjalna narracja mówiąca o masowej działalności narodowowyzwoleńczej, która to działalność z natury rzeczy dotyczyła… tylko niewielkiej części społeczeństwa. Do tego jeszcze dominujące przekonanie o słomianym zapale jako cesze narodowej… Za każdym razem jesteśmy zdziwieni, że się nam coś udało, ale traktujemy to jako wyjątek. A przecież i czas karnawału Solidarności 1980-1981, pierwszych wolnych wyborów 1989, powodzi 1997, a także ostatnie kataklizmy jak pandemia czy wojna w Ukrainie to dowody na coś zupełnie innego. Nie przebił się do świadomości potocznej przekaz Stefana Bratkowskiego, który przekonywał, że najdłuższą wojnę nowoczesnej Europy, czyli działania pracy organicznej w zaborze pruskim, Polacy wygrali długotrwałym, pokojowym wysiłkiem. Dla mnie z kolei takim idealnym przykładem reakcji społecznej na sytuację kryzysową była samoorganizacja społeczeństwa polskiego w czasie I wojny światowej na terenie Królestwa Polskiego. To dzięki potencjałowi organizacji społecznych udało się w znacznym stopniu zaspokoić potrzeby społeczne, przejąć odpowiedzialność za porządek, przestrzeganie prawa, aprowizację i dystrybucję żywności czy opału, pomoc społeczną, pośrednictwo i tworzenie miejsc pracy, zdrowie, opiekę nad zabytkami, pomoc uchodźcom na ogromną skalę… To nie była chwila. To historia społeczeństwa, a nie państwa.
Konflikt
Opowieść o narodowej jedności to ewidentny mit, który karmi się wyjątkowymi, i często trochę naciąganymi, opowieściami o jedności w obliczu zagrożenia. A przecież nasza historia to cały ciąg wewnętrznych konfliktów i wojen domowych. Nie mówiąc już o czasach rozbicia dzielnicowego i bratobójczych walkach pierwszych Piastów, każda wolna elekcja, każdy rokosz czy konfederacja łączyły się z konfliktem, jeśli nie z wzajemnym mordowaniem (jak w 1666 roku pod Mątwami). Wspólny wróg nie przeszkadzał wzajemnemu zwalczaniu się czy to w kolejnych powstaniach, czy wojnach światowych. Dzisiejsza narracja o „ojcach niepodległości” ukrywa nawet nienawiść pomiędzy zwolennikami Piłsudskiego, Dmowskiego, Korfantego czy Daszyńskiego, która przecież nie zakończyła się wcale wraz z odzyskaniem niepodległości. Więcej – z dużą dozą prawdopodobieństwa – można mówić, że właśnie te różnice, te wzajemne walki, ta równowaga sił, uniemożliwiły popadnięcie w zbytnie skrajności (choć przecież za Sanacji wykonaliśmy znaczący krok w tym kierunku). Nie, jedność narodowa jest i była mitem – i to mitem niebezpiecznym.
Organizacje pozarządowe jako szansa
W sytuacji gdy państwo – traktowane przynajmniej przez część polityków jako narzędzie do realizowania własnej, wąskiej wizji interesów narodowych – może być wykorzystane do tworzenia, traktowanej czysto instrumentalnie, polityki historycznej, nie da się stworzyć strategii koordynacji, która nie byłaby narażona na pokusę wykorzystania do własnych celów. Być może tylko rozproszone, oparte na niezależnych źródłach finansowania organizacje pozarządowe mogą dać szanse na prawdziwy pluralizm. Polityka kulturalna może zapoczątkować i wzmocnić ten proces – chociażby zwiększając udział i znaczenie przedstawicieli zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego w radach przy instytucjach publicznych. Dywersyfikować źródła finansowania tak, aby wspierały one prawdziwe poszukiwania i rozbudzanie zainteresowań, a nie propagandę. Trzeba trzymać za to kciuki.


